Wybór auta do ślubu, to wcale nie jest taka łatwa sprawa! Zwłaszcza, że województwo Łódzkie daje spory wybór. Możesz zdecydować się na limuzynę, auto retro, auto sportowe, dorożkę, a nawet rower! Pamiętaj, że pojazd powinien pasować stylem do Twojego wesela, no i powinniście z Narzeczonym czuć się w nim wyjątkowo. Ciężki wybór? Nie z nami! Przejrzyj oferty z naszego Te eleganckie dwuosobowe kabriolety zostały wprost stworzone do tego, aby towarzyszyć użytkownikom w najbardziej podniosłych i niezapomnianych wydarzeniach, idealne do wynajmu dla Młodych Par. Cennik - Ślub w gwiazdach, auto do ślubu, Mercedes cabrio, cabrioletem we dwoje Prawo zakazujące ślubu z nieletnimi Naila Amin założyła fundację swojego imienia, aby pomóc ofiarom małżeństw dzieci. Od lat naciska na rząd Stanów Zjednoczonych, by wprowadził stosowne zmiany. W 2018 r. Amin pomogła podnieść minimalny wiek zawierania małżeństw do 18 lat w stanie New Jersey. Pomysł na prezent na rocznicę ślubu dla rodziców. Topowym pomysłem na podarunek rocznicowy dla rodziców będą bez wątpienia dwie poduszki dedykowane specjalnie dla nich, z unikalnymi nadrukami oraz napisami wymyślonymi przez Państwa, które nawiązują do ich rocznicy ślubu. Warto uwzględnić na podarunku nadruk nawiązujący do Wyniki Testów Czynnościowych Płuc Prowadzące do Rozpoznania Pierścieni Naczyniowych u Dzieci w Wieku Szkolnym January 2018 Advances in Respiratory Medicine 85(V):11-15 Dzieci bez ślubu? W 2016 roku padł rekord! Według danych Głównego Urzędu Statystycznego, w ubiegłym roku urodziło się 95,6 tys. nieślubnych dzieci. To niezaprzeczalny rekord – choć od wielu lat przybywa dzieci rodzących się w związkach pozamałżeńskich, nigdy nie urodziło się ich aż tak dużo. Wystarczy porównać Praktyczne porady na wygłoszenie tekstu błogosławieństwa. Wygłoszenie błogosławieństwa w dniu ślubu swoich dzieci to emocjonalne i znaczące doświadczenie. Choć chwila ta jest pełna miłości i radości, może również przynieść tremę i niepokój. Dlatego ważne jest, aby dobrze się przygotować, zarówno mentalnie, jak i Aby spełniały Wasze plany, a Wy byście dbali o szczęście i powodzenie Waszego związku - tak wytrwale jak do tej pory. Życzenia z okazji 35. rocznicy ślubu. W nagrodę zacnych czynów Bóg dał Wam dożyć chwały, że nadszedł dzień wspaniały, w którym wśród córek, synów, święcicie koralowe gody w miłości zawsze młodej. Welon do ślubu. Tak, czy nie? Okazuje się, że i w tej sprawie osoby duchowne mają swoje zdanie. Swoją opinię wyraził jeden z księży, na pytanie matki czwórki dzieci. Kobieta organizuje swój ślub, ale jest mamą i nie jest pewna, czy wypada jej założyć do Kościoła welon. Duchowny jasno dał do zrozumienia, że nie powinna tego robić. Pierwszym uczestnikiem ósmej edycji "Ślubu od pierwszego wejrzenia", jakiego poznaliśmy, jest Maciej. Z zawodu jest kierowcą ciężarówki w niemieckiej firmie i ma już jedno małżeństwo na koncie. Jednak 37-latek ze Szczecina nie miał szczęścia. Szybko rozstał się z żoną i jak na razie nie ma zbyt dobrych doświadczeń. Tr3DE. B. przyznaje, że nie wie, czego się spodziewała, kiedy postanowiła opowiedzieć matce i starszej siostrze o tym, że gwałci ją mąż - może współczucia, a może porady, jak się przed tym bronić...? Kiedy jednak matka kpiąco powiedziała, że przecież młody chłop w ascezie żył nie będzie, poczuła, jakby ktoś mocno nią potrząsnął i rzucił na ziemię. Tego dnia „dowiedziała się”, że prawo jej męża do seksu znaczy więcej, niż jej humory i wymysły. Podobne „lekcje” otrzymuje w Polsce wiele kobiet - część z nich przez wiele lat dzień w dzień spędza czas u boku gwałciciela. Gwałty nie są domeną ciemnych zaułków Nasze wyobrażenia o gwałcie są nierzadko powtórzeniem tego, co widzimy w amerykańskich filmach z motywami kryminalnymi: jest ciemna uliczka, ohydny typ, którego cechuje prostactwo i brutalność (i który często dzierży w wielkich dłoniach ostre narzędzie) oraz ona - zwykle młoda i urodziwa, a także nieznająca wcześniej oprawcy. Obraz taki wywołuje u widza silne emocje - współczucie wobec ofiary i wściekłość na sprawcę - a także utwierdza go w przekonaniu, że przemoc seksualna to coś, co ma miejsce w niebezpiecznych dzielnicach, z dala od domu. Mroczna prawda na temat gwałtów jest jednak zgoła odmienna. Sprawcami przemocy seksualnej stosunkowo rzadko bywają osoby nieznajome, podążające za swoją ofiarą pod osłoną nocy. Według raportu Fundacji Ster aż w 80 procentach przypadków sprawca gwałtu to osoba, z którą osoba poszkodowana była albo jest w związku. Nierzadko sprawcą przemocy jest również partner, z którym łączy ofiarę związek sformalizowany. Polski kodeks karny nie zna rozróżnienia między gwałtem, który ma miejsce w związku, a takim, którego sprawcą jest osoba nieznajoma lub ledwie znana ofierze - zmuszanie do współżycia przez współmałżonka także jest przestępstwem, za które grozi nawet 15 lat więzienia. Przerażające jest jednak to, że - wg danych z ankiety OBOP z roku 2011 - 20 procent Polaków uważa, że nie ma czegoś takiego jak gwałt w małżeństwie. Ankietowani, którzy wyrazili tę opinię, prawdopodobnie mają nie tylko niewłaściwe wyobrażenia o małżeństwie, które rozumieją jako relację opartą na podporządkowaniu, ale także nie rozumieją, że osoby wykorzystywane seksualnie przez partnerów lub współmałżonków cierpią niekiedy bardziej, niż te, które zostały zgwałcone przez kogoś nieznajomego. Przyczyną bólu w takiej sytuacji jest bowiem nie tylko fakt, że strasznego czynu dopuściła się osoba, której się ufa i z którą liczyło się na dobrą, opartą na szacunku relację seksualną, ale również dlatego, że doświadczenie gwałtu małżeńskiego nadal bywa lekceważone i wypierane. Małżeństwo wciąż chcemy widzieć jako klucz do szczęścia, a dom - jako bezpieczną przystań, dlatego nierzadko tabuizujemy i bagatelizujemy dramaty, które rozgrywają się między małżonkami w czterech ścianach wspólnego mieszkania. Kiedy zaś cierpienie człowieka jest bagatelizowane, to nierzadko przestaje on o nim mówić - i nie szuka już pomocy, lecz na zasadzie wyuczonej bezradności „przyjmuje” swój los. A ponieważ przemocy seksualnej w związku lub małżeństwie często towarzyszy również przemoc psychiczna lub ekonomiczna - wiele osób pokrzywdzonych ma poczucie, że wyzwolenie się z takiego związku jest po prostu niemożliwe. „Ciesz się, że nie poszedł do innej” Od pewnego czasu wiedziałam, że B., dojrzała wdowa, doświadczyła w swoim małżeństwie przemocy seksualnej. Kiedy więc zabierałam się za planowanie tego tekstu, pomyślałam, że jej opowieść o tym niezwykle trudnym doświadczeniu mogłaby pomóc innym zrozumieć, jak wygląda gwałt małżeński z perspektywy osoby pokrzywdzonej. Nie każdy jednak życzy sobie, aby jego historia była czytana i analizowana przez innych - delikatnie wspomniałam więc B. o czym będę pisała - a następnie zapewniłam, że jeśli zgodziłaby mi się opowiedzieć o swoim małżeństwie, to zapewnię jej anonimowość i zmienię szczegóły, by nikt jej nie rozpoznał. Energiczna i uśmiechnięta zwykle B. powiedziała wtedy spokojnie: „dziecko, przecież nikt nie będzie wiedział, że to akurat moja historia. Takich kobiet było i jest tysiące”. A potem zaczęła opowieść o mrocznym wątku ze swojej przeszłości: „Wyszłam za mąż po to, aby uciec z domu. Miałam wtedy niecałe dwadzieścia lat i marzyłam o lepszym życiu, bez ojca alkoholika i matki mającej ciągle nowych kochanków. Moja starsza o dwanaście lat siostra również tak zrobiła - i wydawało się, że jest w miarę szczęśliwa. Ja na początku również byłam. Mój mąż był człowiekiem pracowitym i porządnym. Jak na tamte czasy żyło nam się dobrze, mąż potrafił zawsze wszystko załatwić. Ale miał też bardzo duże potrzeby seksualne. Na początku, zanim poszłam do pracy, to było w porządku. Ale potem zdarzało się, że mówiłam mu, że nie chcę - i tego nie umiał przyjąć. Mówił mi, że jestem oziębła, że sypianie z nim (nie używał słowa „seks”) to przecież mój obowiązek jako żony. I kiedyś, jakoś po roku małżeństwa, po raz pierwszy zrobił to, co chciał, wbrew mnie. Mówiłam mu, żeby przestał - ale kazał mi się zamknąć. Nigdy wcześniej się tak do mnie nie zwracał. Upokorzył mnie, wykorzystał, mimo że przecież ślubował mi miłość. Następnego dnia zachował się jak gdyby nic się nie stało, a ja przez cały dzień zastanawiałam się, dlaczego mi to zrobił. To, że ukrywałam się ze swoimi emocjami, chyba nauczyło go, że mój opór nic nie znaczy - od tej pory wymuszał na mnie seks kiedy tylko chciał. I przesuwał kolejne granice - robił ze mną rzeczy, na które większość kobiet chyba się nie godzi… ja najpierw płakałam. A potem po prostu, kiedy próbował się do mnie zbliżyć, wyłączałam się - czułam się tak, jakby mnie tam nie było. Czułam się winna, że nie chcę z nim normalnie sypiać i myślałam, że może to przeze mnie… ale nie mogłam już być z nim blisko w normalny sposób. Ale najgorsze było to, jak zgwałcił mnie trzy tygodnie po porodzie. Myślałam, że umrę z bólu albo się uduszę - bo przez cały czas wstrzymywałam oddech. Wtedy byłam przerażona. Poszłam na wizytę do ginekologa, bo bałam się, że zrobił mi krzywdę - cały czas mocno krwawiłam. Powiedziałam lekarzowi, że przespałam się z mężem w połogu - nie umiałam mu powiedzieć o tym, że to był przymus. I ten ginekolog spojrzał na mnie jak na nienormalną. Zapytał, czy jestem matką, czy łajdaczką, że nie potrafię powstrzymać się kilka tygodni. Po tym zajściu stwierdziłam: „nigdy więcej” i postanowiłam powiedzieć prawdę o moim małżeństwie matce i starszej siostrze. Nie wiem, czego oczekiwałam - może porady, jak się bronić, a może współczucia? Ale kiedy powiedziałam, że ten mój cudowny, pracowity i przystojny mąż mnie gwałci i zadaje mi ból, matka powiedziała, że przecież młody chłop nie będzie żył w ascezie i że chyba wiedziałam, z czym wiąże się małżeństwo - a jak mi to nie odpowiada, to mogłam kilka lat temu iść do zakonu. Siostra wykazała trochę więcej delikatności - przytuliła mnie, ale dodała, że powinnam się cieszyć, że nie poszedł do innej. Jej zdaniem czas po porodzie to zwykle czas pierwszej zdrady męża (po latach po winie powiedziała mi, że u niej tak właśnie było). Poczułam się tak, jakby ktoś mną mocno potrząsnął i rzucił na ziemię. Matka i siostra powiedziały wyraźnie, że tak już musi być, nie było w nich ani zdziwienia, ani szczególnie dużo troski, nawet o moje zdrowie. Stwierdziłam, że chyba muszę się dopasować - widocznie prawo męża do seksu w małżeństwie znaczy więcej, niż moje - jak to mówił mąż - humory i wymysły. Ponieważ matka była biedna, a ja zarabiałam śmieszne pieniądze, nie mogłam odejść od niego. Przez lata jadłam, spałam i wychowywałam dzieci z gwałcicielem. Moi synowie również poczęli się w wyniku gwałtu małżeńskiego, jestem tego pewna. Kocham ich i absolutnie nie żałuję, że ich urodziłam, ale nigdy nie umieliśmy się dogadać, może dlatego, że byli chłopcami i to podobnymi do ojca. Z pozoru byliśmy jak normalna rodzina - pracowaliśmy, byliśmy uprzejmi, mąż nie pił i nie awanturował się. Nikt nie znał jego prawdziwej natury. A wie pani, co było najtrudniejsze, kiedy umarł? Udawanie, że mi żal, że odszedł dobry i kochany człowiek. A ja myślałam, że teraz mi będzie lepiej. I tak było - po latach poznałam obecnego partnera. I to on uświadomił mi, że to, co robił mi mój mąż, to była zbrodnia. Bez tego chyba do tej pory bym z jednej strony uważała, że to okropne, a z drugiej - że tak musi być. Teraz czasy się zmieniły - ale na pewno ciągle mnóstwo kobiet tak żyje”. Czułam się winna, że nie chcę z nim normalnie sypiać i myślałam, że może to przeze mnie… ale nie mogłam już być z nim blisko w normalny sposób. Ale najgorsze było to, jak zgwałcił mnie trzy tygodnie po porodzie. Akt małżeństwa to nie akt własności W historii życia B. znajdziemy elementy, o których często wspominają także inne osoby poszkodowane przez przemoc seksualną. Jest tutaj bliska relacja ze sprawcą gwałtu, zarzucanie pokrzywdzonej „oziębłości” i zrzucanie na nią winy, narastająca brutalność jego czynów, ból psychiczny i fizyczny, a także dysocjacja - czyli mechanizm obronny polegający na „wyłączeniu się” i przebywaniu „poza ciałem”, które ma na celu zmniejszenie odczuwanego cierpienia (można przypuszczać, że u B. uruchamiał się on wtedy, gdy jej mąż ją gwałcił). Ale ta historia to więcej, niż opowieść o życiu jednej kobiety, którą spotkał okrutny los - ważnymi bohaterami tej historii są przecież także inne kobiety z jej rodziny: matka i starsza siostra. I, niestety, reakcja najbliższej rodziny B. jest bardzo podobna do tej, z która często spotykają się osoby, które doświadczają przemocy seksualnej ze strony męża lub innej osoby, z którą są lub były w bliskiej relacji. W umysłach matki i siostry B., podobnie jak wiele innych osób (wypowiadających się chociażby na internetowych forach lub facebookowych grupach) nie funkcjonuje takie pojęcie, jak gwałt małżeński - bo małżeństwo jest przez nie rozumiana jako instytucja, która „gwarantuje” mężczyźnie możliwość współżycia, gdy tylko ma on na to ochotę. Krewne B. nie są również odosobnione w postrzeganiu mężczyzny jako osoby, która nie może kontrolować swojego popędu płciowego - widać to w komentarzu dotyczącym zdrady małżeńskiej, która miałaby pojawić się w przypadku braku współżycia oraz wypowiedzi o „ascezie”. Osoby te uważają też, że jeśli kobieta zostaje zgwałcona - zwłaszcza przez kogoś, kogo zna - to sama ponosi za to odpowiedzialność (vide: matka pouczająca córkę o tym, że przecież “wiedziała”, z czym wiąże się małżeństwo). Powszechność takich przekonań razem z patriarchalną mentalnością, zgodnie z którą mężczyzna jest podmiotem, a kobieta przedmiotem, tworzą warunki sprzyjające trwaniu kultury gwałtu, w której przestępstwa seksualne są bagatelizowane, ich ofiary wyśmiewane lub traktowane jak potencjalni oszuści, a sprawcy usprawiedliwiani lub wręcz traktowani ze współczuciem. Dotyczy to, oczywiście, nie tylko przemocy seksualnej w małżeństwie, ale także tej, która ma miejsce w Kościele (osobom mówiącym o niej zarzuca się “atakowanie Kościoła”), w domu, gdy sprawcą jest na przykład rodzic (mówienie o tym bywa rozumiane jako brak szacunku dla polskiej rodziny) czy w lokalach rozrywkowych (jeden z komentatorów moich postów na Facebooku stwierdził kiedyś, że napastowanie obcych kobiet w klubach jest w porządku, bo przecież w takich miejscach podrywa się (sic!) również dotykiem). Nie bez znaczenia dla społecznego klimatu wokół przemocy seksualnej jest również fakt, że w niektórych tekstach kultury gwałt jest przedstawiany w sposób karykaturalny (scena z filmu “Galimatias, czyli kogel-mogel 2”, w której mąż próbuje wymusić współżycie na Kasi Solskiej-Zawadzie wywołuje u widza raczej rozbawienie niż współczucie dla bohaterki, która ucieka przed mężem do łazienki), lub coś, co jest wynikiem różnicy kulturowej i co kobieta może kontrolować (oparte na przemocy pożycie Khala Drogo i Daenerys z “Gry o Tron” staje się satysfakcjonujące, gdy przyszła Matka Smoków uczy się, jak ma zadowalać męża). Nie będzie chyba zaskakujące, jeśli stwierdzę, że pierwszym i najważniejszym krokiem do zerwania z kulturą gwałtu (w tym kulturą gwałtu małżeńskiego) powinna być edukacja. Mam tutaj jednak na myśli nie tylko edukację seksualną, podczas której młodzi ludzie mieliby szansę dowiedzieć się, że mają prawo wyznaczać własne granice i jednocześnie obowiązek nie przekraczać granic innych, choć takie zajęcia również są dzieciom i młodzieży bardzo potrzebne. Niebagatelne możliwości na polu zapobiegania przemocy seksualnej - zwłaszcza tej mającej miejsce w małżeństwie - ma również Kościół. Pary przygotowujące się do ślubu przechodzą wszak przez tak zwane nauki przedmałżeńskie. W ich trakcie młodzi ludzie powinni zdobywać nie tylko wiedzę o tym, jakie czytania można wybrać na mszę ślubną i dlaczego NPR jest lepszy niż antykoncepcja - powinni być także uczulani na to, że akt małżeństwa nie jest aktem własności. Seks jest oczywiście wpisany w małżeńską rzeczywistość - a brak możliwości współżycia może być przyczyną do stwierdzenia nieważności związku - ale nie zmienia to faktu, że na każde jedno zbliżenie obie strony muszą wyrazić zgodę. Wszędzie tam, gdzie nie ma świadomej i dobrowolnej zgody na seks, jest przemoc seksualna. Wejście w rolę męża czy żony nie odbiera nikomu prawa do mówienia “nie” - i nie zwalnia z obowiązku przyjmowania odmowy współżycia. Osoby prowadzące przedślubne katechezy nie powinny także, w imię idealizacji małżeńskiej rzeczywistości, wypierać istnienia problemu przemocy seksualnej. Narzeczeni muszą wiedzieć, że żadna ze stron nie ma prawa przymuszać drugiej do seksu - a zmuszanie żony lub męża do wypełniania “obowiązku małżeńskiego” to gwałt, który jest nie tylko zaprzeczeniem miłości, ale i zwykłym przestępstwem. Marzą mi się także podręczniki do religii (i na przykład do WDŻ-u), w których zamiast “naturalnych” różnic między kobietami i mężczyznami opisywana jest konieczność naturalnego odpowiadania za swoje czyny i reakcje. Nawet, jeśli młody człowiek usłyszy w domu, że coś takiego jak gwałt małżeński nie istnieje, a na forum przeczyta, że jeśli pijana kobieta została zgwałcona, to sama jest sobie winna, to w szkole (również na lekcjach religii) te przekonania powinny być konfrontowane z rzetelną wiedzą. Która to, gdy tylko jest odpowiednio wyłożona, staje się ciekawsza i bardziej atrakcyjna, niż krępowanie własnego umysłu więzami mitów i stereotypów. Przygotowania do ślubu – od czego zacząć? Zaręczyliście się, powiadomiliście o tym fakcie rodzinę i co dalej? Od czego zacząć przygotowania do ślubu? Co jest ważne, a co mniej? Zobaczcie! Wbrew pozorom przygotowania do ślubu nie są łatwe. Wiążą się z trudnością w zgraniu terminów rezerwacji sali, orkiestry lub dja itd… Jeśli macie wybraną konkretną datę, kiedy ma się odbyć ślub (przykładowo może to być rocznica dnia, w którym się poznaliście) najlepiej zarezerwować salę nawet na półtora roku wcześniej. Jeśli takiej daty nie ma, może to być na rok wcześniej. Trzeba się liczyć z tym, że najciekawsze sale weselne oraz najbardziej znane restauracje mają rezerwacje nawet na dwa lata do przodu. Jeśli wybraliście już salę weselną i zarezerwowaliście termin wesela, udajcie się do Kościoła. Na załatwianie formalności jest jeszcze zbyt wcześnie, ale możecie zarezerwować datę i godzinę ślubu. Przy okazji spytajcie, jakich formalności i kiedy musicie dopełnić. Sprawą, którą należy załatwić w następnej kolejności jest rezerwacja terminu u orkiestry lub dja. Prawdopodobnie będziecie musieli się zapoznać z ofertą wielu z nich zanim znajdziecie taką orkiestrę lub dja, którzy spełnią Wasze oczekiwania i jednocześnie będą mieli wolny termin w dniu Waszego ślubu. Przesłuchania najlepiej jest zacząć również około roku przed planowaną datą ślubu, ale już po zarezerwowaniu sali weselnej bądź restauracji na konkretny termin. Nie zapomnijcie również o wcześniejszym wybraniu i rezerwacji sukni ślubnej. W większości przypadków suknie są szyte na zamówienie i czeka się na nie nawet 8 miesięcy! Dodatkowo może się okazać, że nie możecie wejść do salonu i zmierzyć sukni. Często nawet na pierwsze spotkanie w salonie sukni ślubnych trzeba się umawiać, a czas oczekiwania wynosi nawet 2 tygodnie! Napięty grafik może mieć również kamerzysta i fotograf. Popytajcie znajomych, przejrzyjcie portfolio wybranych fotografów w internecie i na wszelki wypadek zarezerwujcie u wybranej osoby czas. Jak już na pewno zauważyliście przygotowania do ślubu trzeba rozpocząć z dużym wyprzedzeniem. Opisaliśmy najważniejsze rzeczy, na które trzeba długo czekać. Resztę spraw możecie spokojnie załatwiać później, ale pamiętajcie, że nawet na obrączki czeka się około 3 tygdoni. Rozpoczęliście już przygotowania do ślubu? Jak Wam idzie? Co z naszej listy udało się już załatwić? Wątek: Krótki sen - zaburzenie prowadzące do ADHD... 1 odp. Strona 1 z 1 Odsłon wątku: 2380 Zarejestrowany: 19-04-2008 00:57. Posty: 161880 IP: Poziom: Dzierlatka 30 kwietnia 2009 13:35 | ID: 21997 Niewyspanie prowadzi do zaburzeń zachowania u dzieci Dzieci, które śpią zbyt krótko, mają podwyższone ryzyko wystąpienia objawów ADHD - ostrzegają Fińscy naukowcy na łamach pisma "Pediatrics". W ostatnich latach długość snu w wielu krajach stopniowo maleje. Szacuje się, że w samych tylko Stanach Zjednoczonych jedna trzecia dzieci cierpi z powodu nieodpowiedniej ilości snu. Podejrzewa się, że pozbawienie prawidłowej długości snu u dzieci objawia się raczej problemami z zachowaniem niż zmęczeniem, ale dotychczas przeprowadzono zbyt mało badań aby jednoznacznie potwierdzić lub wykluczyć tę hipotezę. Naukowcy z Uniwersytetu w Helsinkach i Fińskiego Instytutu Zdrowia badali czy zbyt mała ilość snu prowadzi do problemów z zachowaniem podobnych do tych obserwowanych u dzieci z zespołem nadpobudliwości psychoruchowej i deficytem uwagi (ADHD). W badaniu udział wzięło 280 zdrowych dzieci (146 dziewczynek i 134 chłopców). Naukowcy monitorowali ich sen na podstawie wywiadów z rodzicami i aktygrafów lub innych urządzeń zakładanych na nadgarstki i zapisujących dane na temat aktywności dobowej i snu. Okazało się, że dzieci, których średnia długość snu była mniejsza niż 7,7 godziny były nadaktywne i zachowywały się impulsywnie, nie miały natomiast zaburzeń uwagi. Dzieci, które miały zaburzenia snu i kłopoty z zasypianiem były nadaktywne, impulsywne i cierpiały na deficyt uwagi. - Wykazaliśmy, że zbyt krótki sen i inne problemy ze snem prowadzą do zaburzeń zachowania typowych dla ADHD. Ponadto zaobserwowaliśmy, że zbyt krótki sen sam w sobie nasila problemy z zachowaniem, niezależnie od innych zaburzeń - tłumaczy doktor Juulia Paavonen, autorka pracy. Zdaniem autorów badań ich odkrycie wskazuje przede wszystkim jak ważne jest zapewnienie dzieciom odpowiedniej ilości I co Wy o tym myślicie ??? 1 kaskur Poziom: Przedszkolak Zarejestrowany: 26-01-2009 09:54. Posty: 6450 30 kwietnia 2009 18:44 | ID: 22028 no u Sebka to nawet się sprawdza, wystarczy że za wcześnie się go obudzi a już zaczyna się polka Życie rodziny przypomina rzekę z jej bystrzynami, mieliznami i przewróconymi pniami. Ma swój cykl, rytm i swoje punkty zwrotne. O tym, jak przepłynąć przez najważniejsze decyzje i wybory i jak osiągnąć kompromis, mówi psychoterapeutka Jolanta Berezowska. Joanna Drosio-Czaplińska: Życie rodziny zaczyna się po ślubie? Jolanta Berezowska: Nie, początkiem jest randkowanie, sprawdzanie, czy się dopasujemy. Zaloty się udały, jesteśmy parą. Co dalej? – Dawniej kolejnym krokiem były zaręczyny, po których młodzi mieli rok na przygotowanie ślubu. Dziś ten zwyczaj, niestety, zanika. Ludzie zamieszkują ze sobą i żyją bez umawiania się na cokolwiek, taki okres próbny bez umowy. Tymczasem narzeczeństwo to nasze pierwsze wspólne przedsięwzięcie, prowadzące do ślubu, na który ona ma taki pomysł, on inny, a na dokładkę ich rodziny mają jeszcze inny. I trzeba z tego stworzyć całość. To pierwsza poważna decyzja i próba. Życie na tzw. kocią łapę, konkubinat to taki wybór, ale bez formalnych zobowiązań. Można się w każdej chwili rozstać, nie ponosząc konsekwencji. Wiele par tak robi, żeby uniknąć korowodów z rozwodami. Zamiast myśleć o przyszłości, myślą o końcu relacji, i to zanim jeszcze naprawdę w nią wejdą. Słaba pozycja startowa. Ale fakt – czas dopasowywania się to jeden z najtrudniejszych etapów i bywa, że wstępny staje się końcowym. – Istotą małżeństwa jest wspólnota – wspólne mieszkanie, rytuały, budżet, plany. Ludzie często dobierają się na zasadzie komplementarnej. Ja jestem niedokładna, więc wybrałam sobie pedanta albo odwrotnie. Tyle że z czasem to zaczyna drażnić. Jeśli się dogadają, uzupełnią, będą ze sobą. Jeśli to irytuje coraz bardziej, zaczynają się kłótnie. Dopasowanie w parze to jedna rzecz, a drugą – co często się zdarza – jest to, że partnerzy są niewyseparowani z rodziny pochodzenia. – Warunkiem tej separacji jest zamieszkanie osobno, a co się z tym wiąże – odpowiedzialność finansowa: same płacę rachunki i kredyty. Separacja polega na tym, że my, dorośli, mamy własne życie, rodzice własne. Jeśli tak się nie dzieje, oznacza to najczęściej, że trzymanie jest dwustronne. Warto to zrozumieć, zanim zacznie się oskarżać na mamę czy tatę. W jaki sposób dorosła córka czy syn mają stawiać granice „troskliwym” rodzicom? – Mama przychodzi z jabłuszkami w brytfance, bo córcia lubi, więc jeśli wyczuje, że to zawłaszczanie, mówi: „Nie biorę, bo cię o nie nie prosiłam”. Nie mówię tutaj o wyjątkowych okazjach, jak np. urodziny. Znam takich pseudodorosłych, do których mama przychodzi podczas ich nieobecności i sprząta im mieszkanie. Albo wpada niespodziewanie z garem rosołu i schabowymi, choć wiele razy słyszała, że młodzi odżywiają się inaczej. Albo jadąc na wakacje, zostawiają mamie klucze, żeby podlała kwiaty, a po powrocie widzą poukładane w kostkę majtki. Komunikat musi być jasny: „Mamo, nie”. Kłótnie o rodziców, o to, jaką mają odgrywać rolę, są bardzo częste. – Najtrudniej jest, kiedy para mieszka w tym samym domu. Wtedy nawet o fizycznej separacji nie ma mowy. Najgorszy wariant to zajmowanie tego samego mieszkania, bez osobnego wejścia. Kiedy mąż albo żona wprowadzają się do domu teściów, to jest jak adopcja cudzego dziecka. Miałam kiedyś pacjenta, który mieszkał u teściów, byli tam jeszcze dziadkowie żony i ciocia. W domu jedna kuchnia, łazienka, salon. A on jak ta myszka – nie miał swoich praw ani swojego terytorium. Małżeństwo się nie udało. Potem, wyseparowani lub nie, zostajemy rodzicami. I to jest największy przełom w życiu rodziny. – To moment, kiedy powinny być ustalone pewne sprawy, jak podział obowiązków, finanse, sposób spędzania wolnego czasu, kontakty z rodziną pochodzenia, plany na przyszłość. Już się znamy, dorobiliśmy się nie tylko dachu nad głową, lecz także strategii rozwiązywania konfliktów. Wszystko niby jest, ale i tak się zawala, bo nowy członek rodziny stawia ten porządek na głowie. Trzeba zrezygnować z przyjemności, pasji, sprężyć się w pracy. Dziecko dotyka tych wszystkich tematów, do tego dochodzi olbrzymi wysiłek fizyczny – pojawiają się nowe konflikty, chociażby o to, kto wstanie w nocy. Raczej zrobi to kobieta, bo mąż idzie do pracy. Ale są urlopy tacierzyńskie, więc to nie jest już oczywiste. Ostatnio popularna jest narracja, że wszystko można w życiu pogodzić: wychowanie dzieci i karierę, mieć czas dla siebie i pielęgnować romantyczność w związku. Biegać, zdrowo jeść i być sexy mamą. – Ta narracja popularna jest na portalach społecznościowych i w kolorowych magazynach, bo tylko tam jest to możliwe. To nierealność, fikcja. Nie można być w pracy i jednocześnie na macierzyńskim. Jechać na narty i zajmować się dziećmi. Kolejnym problemem jest to, że żona poświęca czas dziecku, a mnie nie. Dotychczas byliśmy razem, a teraz mały rządzi. Kolejnym są finanse, bo w sytuacji, kiedy jedno pracuje i zarabia, a nie było wspólnoty finansowej, ponieważ każdy miał swoje pieniądze, teraz może zacząć się szantaż, nawet przemoc ekonomiczna. Dam ci albo nie dam, wydzielę. Partnerowi może będzie trudno zrozumieć, że musi utrzymać rodzinę kosztem własnych przyjemnostek. I zaczyna się: „Ile wydałaś, dlaczego to kupiłaś”. Poradzą sobie pary, które wiedzą już, że chcą być ze sobą na dobre i złe. Kłócą się i wracają do siebie. I tu pojawia się słowo klucz: kompromis. Co on oznacza? – Są pary, które się lubią, wspierają, przyjaźnią, negocjują i chcą się dogadać. Jest dużo szacunku, zauważania się. A są takie, które walczą, poniżają się, wypominają sobie różne rzeczy. Te pary nie znają negocjacji i to one najczęściej trafiają na terapię. Gdy pojawia się wypominanie starych spraw: „Kiedyś powiedziałaś, że … i boli mnie to do dzisiaj, ale nie mówiłem ci tego wcześniej…” – to wiadomo, że nie ma pozycji do rozmowy. Jeśli każde potrafi zobaczyć swoje błędy, niedoskonałości, to można budować, jeśli jest tylko wypominanie i wyliczanie wad partnera, nie ma możliwości porozumienia. Zmienić można tylko siebie, a i to z trudem – nie partnera, chyba że na innego. Zatem tworzą relację przez konflikt. – Tak. Źle jest też, kiedy obrażają się i nie odzywają całymi dniami. Można coś uzgodnić tylko wtedy, gdy się rozmawia. Czyli relacja przez dystans emocjonalny. Żadna z tych dwóch nie jest bliska. – Konflikty w relacji muszą się pojawiać, bo spotyka się dwoje różnych ludzi i te konflikty mogą być dobre i konstruktywne, milczenie i nieodzywanie się jest najgorsze, to droga donikąd. Niedawno zorganizowałam wakacje dla par na kajakach. Dlaczego akurat na kajakach? – Ponieważ tam można się sprawdzić, to dobra metafora partnerskiego życia. Żeby kajak dobrze płynął na trudnym etapie rzeki, gdzie są przewrócone pnie, mielizny, bystrzyna, trzeba uzgodnienia wielu rzeczy, współpracy. I były pary, które się wywalały co chwila – nie mogły się dogadać, kto wiosłuje, kto kieruje. To dobra metafora dla małżeństwa: jak rzeka jest prosta i nurt nas niesie – nie ma problemów. Kiedy tak nie jest, trzeba coś ustalić, zdecydować, podzielić się obowiązkami. Nie można kierować w dwie różne strony. Podział władzy może być różny, ale musi być uzgodniony. Dogadani rodzice są dla dzieci jak parasol ochronny, jak złożone razem dłonie, i młody człowiek może się o nie oprzeć. Jeśli są różne reguły i zasady – ojciec mówi co innego, matka też, to nie ma dla dzieci oparcia. Pary decydują się na rozwód, najczęściej mając kilkuletnie dzieci, które obnażają wszystkie wady relacji partnerskiej. – Etap rozczarowania sobą jest długi, bo fascynacja mija. Swoim pacjentom opowiadam często metaforę. Chodzą po lesie wiewiórka i jeż. I nagle ona widzi wiewióra i zakochuje się, bo jest cudownie rudy jak ona. Jeż zakochuje się w jeżycy, bo pięknie kolczasta jak on. Biorą ślub. Po czasie wiewiórka nie może się nadziwić, że ten wiewiór coś kolczaty i pełza po ziemi, a jeż, że jeżyca coś ruda i po drzewach biega, może to nie jeżyca? A może to nie wiewiór? No i na tym polega to rozczarowanie – on nie jest wiewiórką, ona nie jest jeżycą. Kiedyś wydawało się fantastyczne, że partner chodzi po górach i fotografuje, a teraz przy dwójce dzieci to koszmar. Ona z dzieciakami, góra prania rośnie, rachunki niezapłacone, a on fotografuje. Ale taki on jest, ona też jest jakaś. Czasami urealnienie zajmuje lata. Jeż musi wejść na pieniek, a wiewiórka tam zejść, aby się spotkać. Nie mogą żyć tylko w swoich światach, ale nie mogą też być stale na wspólnym pieńku. Zastanawiam się, czy jeż z wiewiórką jednak się dogadają… – Dogadają, pod warunkiem że odnajdą część wspólną – te „miękkie brzuszki” – i część osobną życia. Jeśli ona też ma swoją przestrzeń, to nie będzie mu miała za złe, że pojedzie od czasu do czasu na ryby, pogra w gry czy będzie fotografował. Musi mieć swoje pole. Jeśli nie ma, to w obojgu narasta frustracja. Jeśli zakazów będzie więcej niż przyjemności, a potrzeby komunikowane będą przez pretensje i żale, mężczyzna znajdzie sobie taką, która pozwoli mu pojechać na ryby i zagra z nim w gry. Wybierze ucieczkę, zamiast konfrontować się z partnerką i postawić jej granice, ustalić coś, pokazać swoje sprawstwo, wyrazić w sposób otwarty? – Jeśli para utknęła na takim etapie, że się nie słyszy i źle komunikuje, terapeuci proponują ćwiczenie polegające na tym, żeby nauczyli się siebie słuchać – monolog 10-minutowy bez możliwości przerywania. Najpierw jedno, potem drugie. Tak, żeby z godzinę to trwało, kiedy mówią na zmianę. I nagle partnerka się dowiaduje, że on w te gry to grał całe życie i jest w nich tyle ciekawego, że warto posłuchać. On dowie się, kto jest tegorocznym zwycięzcą amerykańskiego talent show i jaką muzykę żona najbardziej lubi. Miałam kiedyś pacjenta, który mówił, że po pracy szedł do empiku i oglądał po cichutku komiksy. Nie kupił, broń Boże! Bo jakby wziął do domu, byłaby afera, że dziecinny i czas traci na głupoty. Ten pan jest klasycznym przykładem ustępowania i kombinowania, jak swoją potrzebę zaspokoić na boku. – Jeśli ważne potrzeby są frustrowane, to z czasem pojawi się ktoś, kto na nie odpowie. Dlatego warto znaleźć część wspólną, żeby coś robić razem. I nie chodzi o obowiązki, tylko o czas wolny, przyjemność. Każdy ma własną przestrzeń i tę wspólną. Ważne jest, żeby do tego, co wspólne, wnoszone były własne kawałki, np. przez opowieści. To, że sobie opowiadamy, co w pracy, co myślimy, czujemy, jest jednym z rytuałów, które pary tworzą. Rytuał wspólnego jedzenia, oglądania serialu, zabawy. Ale mają też osobne światy: „Zobacz, jaki fajny komiks”. „No fajny, opowiedz o nim”. I to nie znaczy, że mnie to bardzo interesuje, ale interesuje mnie on, ona, więc posłucham. A kiedy jednak pojawia się zdrada? – To najlepsza jest taka, która się nie wyda. Nie mówić? Dlaczego? – Jeśli jej owocem są dzieci, to co innego. Nie wszystkie związki równoległe się wydają. Są sytuacje, kiedy ludzie dowiadują się o swoim rodzeństwie na pogrzebie ojca. Miałam kiedyś pacjenta, z którym pracowałam nad wyseparowaniem się z rodziny pochodzenia. Udało się. Ożenił się, założył rodzinę. Wrócił do mnie po latach, bo w jego życiu pojawiła się kochanka i nie wiedział, co dalej zrobić. Okazało się, że relacja jego ojca z drugą żoną też zaczęła się od romansu. I ten pacjent nie wiedział, czy chce się ze swoją żoną rozwieść i kontynuować tamtą relację. Okazało się, że kocha żonę, ale nie spędza z nią czasu. Lubił ten jej spokój i stabilność, ale na pewnym etapie życia wydało mu się to zbyt monotonne. Jego chłopięca część zabawowa nie była w jego domu akceptowana. Pracowaliśmy nad tym, jak ma z żoną rozmawiać o swoich potrzebach, że jakaś ich część jest sfrustrowana i chciałaby zaistnieć. Wtedy mógłby zostawić tamtą kobietę i być z żoną. Pytanie, czy ten związek z żoną jeszcze istniał, czy jeszcze było co zbierać, no i co na to kochanka, bo została potraktowana instrumentalnie. – Kochanka była mężatką. Dla obojga był to czas wolny od małżeńskiego życia. Koszt utrzymania rodziny to kłamstwa i zdrady? – Czasem porozumienie jest możliwe, innym razem okazuje się, że są sprawy niepogadzalne. Jeż z wiewiórką może żyć, ale ryba z ptakiem nie, bo bez swoich warunków do życia umrą. Jeśli ma się trójkę dzieci i chce pojechać samotnie na deskę, to można tylko na weekend i to musi wystarczać. Pojawia się frustracja – cena, jaką się płaci za dobre rodzinne życie, ale jest ona do zniesienia – coś za coś. Jeśli idziemy razem pod rękę, ja idę szybciej i drobię, on wolno i dużymi krokami, to ten krok musi się uśrednić. I frustracja (śmiech)! – Na to wychodzi (śmiech). Przyjrzyjmy się kolejnemu etapowi: dzieci prawie lub całkowicie dorosłe, ona w menopauzie, mąż w andropauzie tetryczeje. Rozpacza, że nie został wokalistą Pearl Jam, tylko prawnikiem. Ona, że porzuciła karierę tancerki i została urzędniczką. Pojawia się świadomość, że nie wszystko jest już możliwe, a znaczna część życia za nami. Boli. Można zacząć się obwiniać, zamiast wziąć odpowiedzialność, uznając, że to był wybór. – Najpierw się docierali, dopasowywali, co było trudne. Potem przez lata przystosowywali, że są we czwórkę czy szóstkę i chodzili zgięci wpół. A teraz muszą się odzwyczaić od rodzinnego rytmu i znowu są we dwoje. I to jest proces. Najpierw dzieci są małe i bardzo nas potrzebują, potem coraz mniej, inaczej. Jest czas, żeby się przyzwyczaić, puścić. Gdy dzieci są już poza domem, rodzice mają w końcu czas dla siebie. Żeby nie atakować młodych, przywożąc weki, trzeba mieć własne życie. Coś robić razem, mieć jakieś wspólne cele, przestrzeń – tę razem i osobno. Na tym etapie są dramaty w rodzinach, w których mężczyzna pracuje, kobieta nie, dzieci już dorosły, a ona nie ma zajęcia. Robi się pusto nie tylko w gnieździe, lecz także w życiu. Miałam takie pacjentki, które w podobnej sytuacji znajdowały sobie zajęcia. Jeśli lubią się opiekować innymi, to warto za tą potrzebą podążyć. Jedna z nich została wolontariuszką w domu opieki, inna zaczęła hodować rasowe psy. Puste gniazdo, do tego mami młodość, pojawia się olbrzymia tęsknota za sobą samym sprzed lat i lęk przed nieuniknionym. – Panuje kultura młodości i trudno jest uznać, że jesteśmy starzy i podzespoły nie pracują. A ci, którzy to uznają, zaczynają biegać po lekarzach i rozmawiać tylko o tym. Tak źle i tak niedobrze. Nikt nie chce być stary, choć i tak nie ma wyboru. – Starość to czas ograniczeń i czas na spotkanie różnych faz życia. Dzieci mają swoje dzieci – znowu patrzymy na początek. Jako dziadkowie możemy się spełniać, ale ważne, żeby nie przesadzać. Są ludzie, którzy pracują do końca życia, choć znacznie mniej, ale też można się realizować, przekazywać wiedzę młodym, być ekspertem. Starzenie się może być całkiem znośne, nawet przyjemne, zważywszy, że pojawia się sporo czasu. Wiele rzeczy można jeszcze robić. Dziś ludzie mają dzieci późno – między 30. a 40. rokiem życia, więc puste gniazdo przypada na sześćdziesiątkę, czyli początek emerytury. Czas na ponowne spotkanie? – Jest ono możliwe pod warunkiem, że zaakceptowaliśmy tę inność. Wiewiórka jeża, jeż wiewiórkę, bo przecież oboje mamy miękkie brzuszki. Bez wspólnoty się nie da. Jej ważnym elementem jest zgoda na to, że jesteś, jaki jesteś, choć punktualny z niepunktualną będą się kłócić do końca świata. Będą się spóźniać na pogrzeby swoich przyjaciół, a przy okazji sobie nawrzucają. Ale mogą się jednocześnie lubić i korzystać z życia, póki trwa. Jolanta Berezowska – Lekarz psychiatra, certyfikowany psychoterapeuta The European Association for Psychotherapy, superwizor Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego, nauczyciel psychoterapii w Polskim Instytucie Ericksonowskim, w którym wcześniej ukończyła wieloletnie szkolenie z terapii ericksonowskiej. Członek Zarządu Polskiego Towarzystwa Mindfulness. Joanna Drosio-Czaplińska – Psycholożka, psychoterapeutka integratywna, terapeutka EMDR, publicystka. Zajmuje się stresem traumatycznym i życiowymi kryzysami, prowadzi terapię indywidualną, par i grupową. Należy do Polskiego Towarzystwa Terapii EMDR. Współzałożycielka Instytutu Psychoterapii Masculinum. Doświadczenie zawodowe zdobywała w Klinice Psychiatrii i Stresu Bojowego. Autorka książki „Jestem tatą!” – wywiadów z 12 mężczyznami o tym, jak doświadczają swojego ojcostwa.